czwartek, 25 września 2014

Rozdział trzeci


Witajcie moi kochani! :)
Wiem, że długo mnie nie było, ale dużo się ostatnio dzieje, a ja naprawdę nie mam na nic czasu. W wolnej chwili skrobałam rozdział i wreszcie udało mi się go skończyć.  :)
Mam też dla Was dobrą wiadomość, mianowicie szykuje się dla Was niespodzianka.
Ale to tym później. Dziękuję za komentarze pod ostatnią notką, liczę na to, że będzie Was coraz więcej! :)
Zapraszam do czytania, Zou. 

edit.  Rozdział zabetowany przez Naele.
______________________________________________________



"Autostopowiczki"



- Mamy już wszystko, Jeane - westchnął po raz setny znużony Carl. Jego żona od samego rana chodziła po mieszkaniu i pakowała wszystko w kartony. Nawet gdy w mieszkaniu były jedynie koty z kurzu spod kanapy to i tak dreptała po pokojach i wszystko dokładnie sprawdzała. Właśnie wychodziła z łazienki, gdy w drzwiach wejściowych zmaterializowała się ich córka z Potterem.
- Hermiona! - zawołał uradowany Carl.
- Cześć tato, mamo. - Każdego z osobna uściskała.
- Witaj, Harry!
- Dzień dobry, pani Granger. - Kobieta mocno go przytuliła i odsunęła się na odległość ramienia. - Panie Granger. - Harry uprzejmie skinął głową i uścisnął mu dłoń.
- Gotowi? - zapytała Hermiona.
- Tak! - odparli równocześnie, po czym zachichotali jak nastolatkowie.
- Może jednak chcecie tutaj zostać jeszcze tydzień dłużej? To dla nas naprawdę nie jest problem - rzekła Miona.
- Córeczko, mimo że nie pamiętam do końca tego, co tutaj się działo, w głębi duszy czuję ogromne pragnienie powrotu do domu.
- Ja tak samo, więc nie marnujmy więcej czasu. Wychodzimy! - zarządził Carl i cała czwórka, po zmniejszeniu przez Hermionę ich bagaży i pudeł, wyszła na korytarz. Wszelkie formalności z właścicielem kamienicy mieli uzgodnione już dzień wcześniej, a dzisiaj Jeane poszła jedynie zanieść klucze od mieszkania. Harry wraz z brązowowłosą wyszli na zewnątrz, aby przygotować się do teleportacji łącznej.
- Mam nadzieję, że nic się nie stanie.
- W Kodeksie nie ma nic napisane, że nie możemy aportować się z mugolami. Równie dobrze nie moglibyśmy rzucać na nich uroków i zaklęć. To bez sensu - mruknęła Gryfonka.
- No niby masz rację - westchnął Harry. Gdy państwo Granger wyszli, udali się we czwórkę w ciemną uliczkę, gdzie podali sobie dłonie.
- Nie puszczajcie dłoni, to bardzo ważne, bo może się wam stać krzywda - uprzedziła córka Grangerów. - Poczujecie nieprzyjemne szarpnięcie i z pewnością będziecie wymiotować, ale postaramy się, aby wszystko było w porządku.
- Chodźmy już, Miona - poprosiła Jeane. Dziewczyna kiwnęła do Harry'ego i w tym samym momencie pomyśleli o dworcu King Cross. Ciche pyknięcie oznajmiło, że czwórka osób rozpoczęła bardzo wyczerpującą teleportację.

~*~*~

            Donośne odgłosy dochodzące gdzieś z oddali wyrwały Hermionę ze snu. Uniosła zaspane powieki, od razu przecierając je od ropy, która zgromadziła się w nocy. Zmarszczyła brwi, nasłuchując głosów z dołu i z ogromną radością musiała przyznać, że to jej rodzice tak żywo o czymś dyskutowali. Była ogromnie szczęśliwa, od powrotu z Australii minęły dwa dni. Grangerowie ponownie rozpoczęli pracę, a Hermiona powoli wracała do życia w Anglii. Nie miała ochoty myśleć jeszcze o tym wszystkim, co ją dzisiaj czeka, dlatego wstała powoli z łóżka i ruszyła do łazienki. Krople wody, które wydostawały się z deszczownicy, przyjemnie otuliły jej ciało. Ulubiony zapach płynu do kąpieli, od razu sprawił, że jej dzień stał się lepszy. Po prysznicu wykonała poranną toaletę i ubrana w luźny zestaw ubrań zeszła na dół.
- Witaj, kochanie! - zawołała Jeane, pakując czarną, skórzaną torbę.
- Dzień dobry, mamo. Tato. - Pochyliła się nad nim i ucałowała w policzek.
- Jak się spało?
- W miarę dobrze. A wy już do pracy?
- Owszem, czuję się wypoczęta za wszystkie czasy, a za coś trzeba żyć! - oznajmiła teatralnie i ruszyła do korytarza, zakładając żakiet. Gdy poprawiła włosy, zmarszczyła brwi i wychyliła się, aby spojrzeć na swojego męża. Pan Granger siedział jeszcze przy stole, pijąc kawę i czytając gazetę.
- Carl! - krzyknęła, a mężczyzna zerwał się na równe nogi. Hermiona zachichotała pod nosem.
- Już idę, idę - burknął i dopił szybko kawę. Z krzesła obok wziął aktówkę i wspólnie wyszli z domu. Granger westchnęła wesoło i przygotowała sobie śniadanie. Płatki z mlekiem i zielona herbata, to było jedno z najbardziej kontrowersyjnych połączeń, mimo to brązowowłosa je uwielbiała. Gdy ze znudzenia przeglądała mugolską gazetę, usłyszała dzwonek do drzwi. Przełknęła porcję płatków i szybko pobiegła by otworzyć.
- Harry! - zawołała, przytuliła się z nim na powitanie.
- Co tutaj robisz? - zapytała, gdy weszli do kuchni. Wybraniec usiadł wygodnie na krześle i posłał jej uśmiech.
- Molly zaprasza dzisiaj na obiad - odparł, a Hermionie zrzedła mina. Od powrotu nie widziała się z Ronaldem ani nie kontaktowała się listownie. Nie miała zamiaru pierwsza do niego napisać. Jej zdaniem to, co zrobił, było karygodne, a poza tym mocno ją zabolało. Wiele na ten temat myślała, zastanawiała się, czy ich związek w ogóle jeszcze istnieje. W trakcie wyjazdu wszystko było w jak najlepszym porządku, a wystarczyło, że zjawił się taki Malfoy i już ich miłość stanęła pod znakiem zapytania. Granger nie miała wątpliwości, kochała Ronalda. Ale czy mogła akceptować takie zachowanie? Wróciła myślami na ziemię i usiadła przy swoim niedokończonym śniadaniu.
- Zapomniałam - wyrzuciła wreszcie z siebie i spuściła wzrok, grzebiąc w misce. Potter zmarszczył brwi.
- Wiem, że to nie będzie łatwe, ale musicie w końcu porozmawiać. Ron żałuje, że tak nerwowo do tego podszedł.
- Mówił ci to?
- Sam się domyśliłem.
- Nie wiem, Harry. To wszystko jest takie ciężkie, przecież było dobrze. Boję się, że coś może być nie tak między nami. - Zagryzła wargę i spojrzała na przyjaciela. Jego ciepłe zielone tęczówki posłały jej pocieszające iskierki.
- Poradzicie sobie, na pewno. - Pokiwała głową, starając się w to uwierzyć i dokończyła posiłek. Hermiona udała się do pokoju, aby się przebrać, bo jej strój nie pasował do raczej uroczystego obiadu u Weasleyów. Wyciągnęła z szafy ciemne dżinsy, białą, luźną koszulkę z angielskim napisem na piersiach i brązowy, krótki sweterek z rękawami trzy czwarte. Na stopy założyła baleriny i zeszła na dół, chowając różdżkę za pasek. Potter siedział grzecznie na kanapie i czytał mugolski przegląd sportowy.
- Jestem gotowa. - Chłopak od razu wstał i ruszyli do wyjścia. Gdy Hermiona pozamykała wszystko na klucz, teleportowali się na ulicę Pokątną, gdyż brązowowłosa potrzebowała wstąpić do banku Gringotta.
- Nie wiem, czy będziemy tam mile widziani - mruknął Harry, gdy obydwoje stanęli przed okropnie krzywym, marmurowym budynkiem. Hermiona zachichotała i kręcąc głową, weszła do środka. Potter dreptał tuż za nią, starając się nie okazywać zdenerwowania. Czuli na sobie potępiający wzrok wszystkich goblinów, ale dumnie brnęli do końca.
- Dzień dobry, chciałabym dostać się do mojej skrytki - oznajmiła Hermiona, a stary goblin dopiero po kilku minutach na nią spojrzał.
- Poproszę klucz. - Podała mu mały, złoty, żłobiony przedmiot. Gdy wszystko sprawdził, podszedł drugi goblin i ruszyli w stronę dziwacznej kolejki. Po długiej i męczącej podróży w głąb podziemi Gringotta, Hermiona dotarła do skarbca, skąd wzięła potrzebne jej pieniądze i wrócili na Pokątną.
- Dopiero teraz się rozluźniłem - prychnął Potter, gdy znaleźli się przy sklepie Madame Malkin.
- Przesadzasz - rzuciła i znowu się zaśmiała. Ulica Pokątna wyglądała znowu jak dawniej. Sklepy zostały wyremontowane, ulice znowu tętniły życiem, a czarodzieje przeciskali się między sobą w tłumach.
- A więc do Weasleyów - westchnęła Hermiona i podała Harry'emu dłoń. Kiwnął głową i po chwili poczuli szarpnięcie w okolicach pępka.

~*~*~

            Draco leżał w sypialni - nie wychodził z niej od ostatnich trzech dni. Czuł wokół siebie przerażający chłód, zewsząd dochodziły do niego przeróżne kobiece głosy. Widział, jak powoli wariuje, ciągle te same cztery ściany sprawiały, że w jego głowie zaczynały kłębić się różnorodne, szalone pomysły.
            To już trzeci był dzień bez alkoholu, trzeci dzień ponownie w Londynie, trzeci dzień w Malfoy Manor. Nie wychodził nawet, żeby zjeść. Nowy skrzat o imieniu Hubert przynosił mu wszystko do pokoju. Draco nie odzywał się do nikogo, nawet do matki. Miał za złe całemu światu, że został tu ściągnięty na siłę. Przynajmniej jego przyjaciele nie kłamali. Był czysty, nikt nie mógł mu nic zrobić. Po jego głowie chodziło mnóstwo myśli i pytań. Jak? Kto? Dlaczego? Po co? Nie potrafił na nie odpowiedzieć, a ta niewiedza coraz bardziej doprowadzała go do szaleństwa. Cały czas rozmyślał o swoim marnym życiu. Kim właściwie jest? Chłopakiem, który wiecznie robił wszystko, co mu powiedział ktoś z góry. Był pod władaniem ojca, Voldemorta, matki. Nikogo nie obchodził jego los, miał jedynie wykonywać polecenia, został wypruty ze wszelkich emocji. Przekręcił się na plecy, wpatrując w sufit i znowu poczuł coś, czego nie potrafił zrozumieć. Ból gdzieś w głębi klatki piersiowej. Pojawiał się zawsze, gdy myślał o swoim paskudnym życiu. Nigdy nie był sobą, zawsze udawał przed wszystkimi bez wyjątku. Nawet przed samym sobą. Wychowany na kłamstwie, czasami miał wrażenie, że był jedną wielką pomyłką. Odczuwał w głębi duszy pragnienie odkrycia siebie, ale nie potrafił. Tyle lat życia jako zimny tyran sprawiło, że te nawyki wniknęły mu do kości, żył, krwi. Jak miał się tego wyzbyć? Kto miał mu pomóc? Blaise i Teodor naprawdę się starali, ale co oni mogli wiedzieć, skoro przed nimi też udawał? Znowu poczuł ten cholerny ból. Skrzywił się i usiadł na skraju łóżka, przeczesując włosy palcami. Zacisnął mocno pięści, ale nic mu to nie dało. Nie potrafił zapłakać jak dziecko, wściec się jak głupek, nie umiał nawet zaśmiać się z samego siebie. Sięgnął dna, które coraz bardziej go pochłaniało. Nie czuł nic.

~*~*~

- Hermiona, Harry! - krzyknęła Molly, która stała na dworze i rozwieszała za pomocą czarów pranie. Miała na sobie jak zwykle brązowożółty zestaw ubrań i fartuch z ruszającą się gruszką, przewiązany pod piersiami. Gęste, rude włosy okalały wesołą i przyjazną twarz. Podeszła do nich, rozkładając szeroko ramiona.
- Dzień dobry - odpowiedzieli równo. Każde z osobna uściskała mocno, całując w oba policzki. 
- Cieszę się, kochanie, że odnalazłaś rodziców. - Zwróciła się do Hermiony, która od razu poczuła ciepło na sercu. Pani Weasley zawsze była dla niej jak druga mama. Potrafiła ją pocieszyć, wesprzeć w trudnych chwilach, a zwłaszcza przez ostatni rok. Troszczyła się o nią i pielęgnowała jak swoją drugą córkę.
- Ja również, pani Weasley - odpowiedziała Granger i posłała jej uśmiech.
- Chodźcie do środka, obiad zaraz będzie gotowy! - Machnęła ręką, w której trzymała ścierkę, jednocześnie poganiając ich w stronę domu. Gdy weszli do środka, ogarnął ich wspaniały klimat Nory, cudne zapachy potraw Molly i rodzinny rozgardiasz. Pan Weasley, siedzący w salonie i czytający Proroka Codziennego, podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko. Szybko podszedł do nich, wcześniej wołając na cały dom, że przyjechali.
- Witajcie kochani.
- Dzień dobry - odpowiedzieli. Do ich uszu doszedł stuk butów na drewnianych schodach i po chwili w kuchni pojawiła się Ginny, a za nią bliźniacy. Hermiona zerknęła na przyjaciółkę i wystarczyła jej chwila, aby rozpoznać w oczach rudowłosej te ciepłe i wesołe iskierki.
- Miona! - zawołała i rzuciły się sobie na szyję. Dziewczęta ściskały się tak długo, że bliźniacy zdążyli się już przywitać i porozmawiać z Harry'm.
- Tak cię kocha, Potter - zachichotali bracia, nawiązując do przywitania Ginny. Gdy dziewczęta wreszcie się od siebie oderwały, chłopcy przywitali się z brązowowłosą, a najmłodsza córka Weasleyów ze swoim chłopakiem. Gdy już wszyscy zdążyli się wyściskać, porozmawiać w samym progu kuchni, usłyszeli ciche chrząkniecie. Harry i Hermiona od razu spojrzeli w głąb pomieszczenia, za rudzielcami, którzy powoli się rozstąpili, ukazując Rona z rękoma w kieszeniach. Wyglądał na zmieszanego i podenerwowanego. Jego wzrok błądził po wszystkich w tym pokoju tak długo, aż nastała niezręczna cisza. W końcu spojrzał w ciepłe, brązowe oczy swojej dziewczyny.
- Co tak tu stoicie?! Rozejść natychmiast! - zawołała Molly, widząc, co się dzieje. - Ginny, pomóż mi, proszę nakryć do stołu, a wy, chłopcy, przynieście z szopki dodatkowe krzesła.
- Mamo, przecież możemy to zrobić za pomocą czarów - zdziwili się, mówiąc jednocześnie, jednak ostre spojrzenie matki, od razu powiedziało im, żeby lepiej jej nie podpadali i potulnie wyszli na dwór.
- Harry mam do ciebie sprawę, chodź, proszę, ze mną - wtrącił się Pan Weasley i w ten sposób para została sam na sam. Długo patrzyli na siebie nic nie mówiąc, Hermiona nie miała zamiaru odzywać się jako pierwsza.
- Może chodźmy pogadać do pokoju? - zaproponował Ron. Bez słowa ruszyli schodami na górę, gdzie wreszcie usiedli na miękkim łóżku rudzielca. Hermiona splotła dłonie na klatce piersiowej i uważnie wpatrywała się w swojego chłopaka.
- Chciałem cię przeprosić, ale się ciebie boję.
- Ja też bym się siebie bała na twoim miejscu - odparła od razu. Spojrzał na nią spode łba, ale nie skomentował tego.
- Miona, ja wiem, że źle zrobiłem, ale sam nie wiem, co mną kierowało. Nie umiem tego wyjaśnić - wymruczał pod nosem. Gryfonka spojrzała na niego niepewnie i uniosła wysoko brew.
- Bardzo mnie to zabolało, Ronaldzie - powiedziała w końcu. Spuścił głowę, obserwując swoje dłonie. - Wiesz dobrze, że odnalezienie rodziców było dla mnie priorytetem.
- Harry mówił, że znaleźliście ich od razu, jak wyjechałem - odezwał się z lekkim rozbawieniem w głosie, ale Hermiona spojrzała na niego dziwnie, więc od razu uśmiech zszedł mu z twarzy. Odchrząknęła cicho.
- Przepraszam, Miona. Nie chcę się kłócić - wyrzucił z siebie wreszcie i spojrzał w jej tęczówki. Mimo że była na niego wściekła, najchętniej potraktowałaby go wtedy jakimś okropnym zaklęciem, teraz nie potrafiła się na niego złościć. Przyznając niechętnie w duchu, że za bardzo go kocha, westchnęła:
- Dobrze, przeprosiny przyjęte.
- Jesteś cudowna! - zawołał i od razu ją przytulił, składając na ustach dość natarczywy pocałunek. Ich chwilę namiętności przerwał donośny głos Molly, wzywający na obiad.
            Zaraz po posiłku, gdy Hermiona wraz z Harrym ponownie opowiedzieli historię z Australii, Pan Weasley zaprosił jej rodziców do Nory. Granger uznała to za doskonały pomysł i obiecała odezwać się, gdy tylko rodzice znajdą chwilę wolnego. Gdy wraz z rudą pomogły Molly posprzątać ze stołu, usiadły we dwie w salonie, gdyż chłopcy wyszli na zewnątrz zagrać w quidditcha.
- Harry wspominał coś o Malfoyu - zaczęła Ginny, a Hermiona wywróciła w duchu oczami, przypominając sobie ten felarny wieczór. Opowiedziała swojej przyjaciółce całą historię związaną z blondynem, co ruda przyjęła z otwartymi ustami. Gdy skończyła opowieść, nastała chwila ciszy.
- Przeprosił cię?! Ta tchórzofretka?
- Tak, dokładnie on.
- Nie wierzę - oznajmiła, unosząc ręce do góry. Granger spojrzała na nią wymownie.
- To w ogóle do niego nie podobne!
- Wiem, ale zrobił to. - Granger wzruszyła ramionami. Na krótką chwilę odbiegła myślami w kierunku arystokraty. Nie wiedzieć czemu, przez jej głowę przepływały takie pytania jak co robi? Czy jest jeszcze w Australii? Może wrócił? Czy dalej jest w takim stanie, w jakim był? Nie rozumiała swojego postępowania i czemu w ogóle zawracała sobie tym głowę. Nagle przypomniało jej się, że robiła mu reanimację, usta-usta. Na jej twarzy wykwitł czerwony rumieniec, który nie uszedł czujnemu oku Ginny.
- Co się tak czerwienisz? - spytała podejrzliwie.
- Nic - odparła zbyt szybko i piskliwie. Ruda uniosła wysoko brew i przechyliła głowę na bok. Granger, chcąc nie chcąc, musiała jej powiedzieć o tym incydencie, który zręcznie ominęła.
- Robiłam Malfoyowi usta-usta - wymruczała i schowała twarz w poduszce. Nim się zdążyła połapać, Ginny była tuż przy niej i, odsuwając jej poduszkę, wybałuszyła na nią swoje duże brązowe oczy.
- CO ROBIŁAŚ?
- Cicho, bo jeszcze ktoś usłyszy!
- Merlinie, Miona!
- Miałam pozwolić, żeby umarł?!
- Nie, ale... Całowałaś się z wrogiem. - Zmarszczyła brwi, a Hermiona wydęła niezadowolona usta.
- Nie chcę tego wspominać.
- To będzie nasza tajemnica. - Obie kiwnęły głowami i przez chwilę panowała idealna cisza, którą przerwał głos Ginevry.
- A dobrze smakował?
- GINNY!

~*~*~

- Blaise, czy ty nie masz życia prywatnego? Musisz włazić w moje? - jęknął już po raz setny tego dnia młody arystokrata. Właśnie wyjechali z Londynu, w którym spędzili cały dzień. Draco był zdenerwowany ciągłym łażeniem po sklepach i gadulstwem przyjaciela. Z drugiej  strony był mu ogromnie wdzięczny, że nie musi gnić w domu albo, co gorsza, w towarzystwie rodziców. Wdzięczności jednak nie okazywał zbyt często, mimo to jego przyjaciel nie przejmował się tym zbytnio.
- Przestań wreszcie jęczeć. Nie będę miał swojego życia, dopóki mój kumpel się nie ogarnie - odparł dobitnie i rozsiadł się wygodniej w fotelu pasażera. Draco prowadził swoje piękne, szybkie, sportowe auto po obrzeżach Londynu, kierując się w stronę hrabstwa Wiltshire, gdzie mieszkał.
- Zastanawiałeś się już nad pracą?
- Nie przyjmą mnie nigdzie bez zdanych owutemów - odparł nadzwyczaj spokojnie i skręcił w lewo, w drogę dwupasmową.
- Zawsze można popytać, postarać się. Chciałbym zacząć pracę w Ministerstwie - wyznał ciemnoskóry, czym zaskoczył blondyna.
- Ministerstwo? Jak kto?
- Auror.
- Ambitnie, Blaise. - Uśmiechnął się delikatnie.
- Chcę coś w życiu zmienić, jak by się udało uniknąć Azkabanu, to czemu nie?
- Teraz chcesz coś zmieniać? Ministerstwo i tak ma już twoją brudną kartę. - Blondyn jak zwykle był pesymistycznie nastawiony do wszystkiego. Nie widział w niczym sensu, wszystko było czarno białe. 
- Dzięki za braterskie wsparcie - burknął Zabini.
- Diable, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.
- Właśnie widzę - udawał obrażonego, co blondyna doprowadzało do białej gorączki.
- Tu nie chodzi o to, że życzę ci źle. Życzę ci jak najlepiej ale podobnie jak ja, siedzisz w gównie.
- Ślicznotki...
- Co? Nasza sytuacja obracająca się w gównie? - Zdziwił się blondyn, patrząc na Zabiniego jak na wariata.
- Co? Jakie gówno?
- O czym gadasz?
- O nich - ciemnoskóry wskazał palcem na dwie dziewczyny stojące na poboczu z uniesionymi kciukami.
- Jak ty je dostrzegłeś?
- Jedna jest ruda... - mruknął, nie zważając na zdziwienie przyjaciela. Im bliżej byli tych dziewcząt, tym lepiej mógł się im przyjrzeć. Kiedy tylko zobaczył płomienne włosy, przypomniała mu się jego miłość z lat szkolnych. Parsknął w duchu na swoje dziecinne zachowanie i ogromną dumę, którą wtedy się wywyższał. Może gdyby nie ona i status krwi wszystko teraz byłoby inne?
- Weźmiemy je? - zapytał Blaise.
- Zgłupiałeś?! - zawołał arystokrata.
- Co ci szkodzi? Mogą wyjść z tego tylko korzyści!
- Nie biorę ludzi na stopa - obruszył się blondyn, ale mimo to sam zerkał na dziewczyny, które wydawały mu się znajome. Odległość była wciąż za duża, żeby ujrzeć dokładnie ich twarze, dlatego zmienił bieg i wcisnął pedał gazu.
- Zasrane przesądy. Przestań! Kiedy ostatnio się zabawiłeś? Może być śmiesznie! Poza tym aż mi szkoda je tu zostawiać. Zobacz, ilu frajerów przejeżdża obok i się nie zatrzymuje.
- A co ty taki ckliwy się zrobiłeś? - Parsknął ironicznym śmiechem.
- Dosłownie trzy minuty temu powiedziałem ci, że chcę coś zmienić w swoim życiu. To może być dobry uczynek, czyli pierwszy krok. Nie pieprz głupot, zatrzymuj się.
- Przecież jedziemy po Notta...
- Nott nie zając, nie ucieknie - wołał Blaise, siedząc z miną małego dziecka proszącego o lizaka. Blondyn spojrzał na niego i pokręcił z politowaniem głową.
- Niech ci będzie - burknął i zmienił pas na skrajnie prawy. Gdy zbliżyli się już na pięć metrów, obydwóm chłopcom opadły szczęki.

~*~*~

- Ginny, ty oszalałaś, przecież to jest niebezpieczne! - wołała niezadowolona Gryfonka, gdy obie szły poboczem wśród sunących zaskakująco szybko samochodów. Miały jedynie przejść się ulicą Pokątną, zjeść najlepsze lody w Londynie i grzecznie wrócić do domu.
- Miona, powiedz mi, kiedy ostatnio robiłyśmy coś naprawdę fajnego? Wesołego? Szalonego? Wojna zabiła w nas te wszystkie cząstki radości - wyrzuciła wreszcie rudowłosa, mając dość narzekania przyjaciółki. Stanęły naprzeciwko siebie, a silny wiatr wywołany rozpędzonymi samochodami targał ich włosami. Brązowowłosa spojrzała w oczy przyjaciółce i poczuła ukłucie w klatce piersiowej. Westchnęła głośno.
- Masz rację, przepraszam. - Podeszła do Weasley i mocno ją przytuliła.
- Jeżeli naprawdę tak bardzo tego chcesz, teleportujmy się - powiedziała ruda i spojrzała pochmurnie na Hermionę. Gryfonka długo wpatrywała się w przyjaciółkę, która robiła smutne miny.
- Niech ci będzie, Ginn,, ale jak tylko mi się ktoś nie spodoba, to wracamy do domu - rozkazała, unosząc palec wskazujący.
- Tak jest! - Obie się zaśmiały i stanęły na widocznej górce, unosząc kciuki do góry. Gdy żaden z mijających ich samochodów nawet nie zwolnił, obie się zdenerwowały.
- No co za łajdaki!
- To było pewne, poza tym módl się, żeby się nie zatrzymał jakiś gwałciciel...
- Miona. - Ruda spojrzała na nią surowo. - Jesteś czarownicą? Czy mugolem?
- Różni są ludzie - odparła, wzruszając ramionami. Gdy rudowłosa już miała oznajmiać, że wracają do domu normalnie, jakiś samochód zwolnił i włączył kierunkowskaz.
- Patrz, Miona! - zawołała zadowolona i stanęła obok przyjaciółki, która mimowolnie również się szeroko uśmiechnęła. Czarne, sportowe autko wjechało na pobocze, a po kilku sekundach zaświeciły się światła awaryjne.
- Ginny, ja ciebie chyba zamorduje - jęknęła Hermiona, gdy dojrzała, kto siedział za kierownicą.
- Ale o co ci znowu chodzi... O, cholera.
- Kogo my tu mamy! - Usłyszały niski głos Blaise'a Zabiniego. Ciemnoskóry wysiadł z samochodu z cwaniackim uśmiechem na ustach i oparł się nonszalancko o maskę.
- Ja chyba mam zwidy - jęknęła Weasley i przyłożyła dłoń do czoła. Hermiona wywróciła oczyma i oparła się o barierkę stojącą tuż przy poboczu. Draco właśnie wysiadł z samochodu, przeczesując palcami włosy. Ich spojrzenie spotkało się na krótką chwilę.
- No, no, no. Nie sądziłem, że tak zdolne czarownice, jak wy... - zawołał blondyn - zapragną jechać stopem - dodał i parsknął śmiechem wraz ze swoim przyjacielem. Rudowłosa odwróciła się gwałtownie i zmrużyła powieki.
- Nie sądziłam, że tacy czystokrwiści czarodzieje, brzydzący się szlam, będą korzystać z wynalazku mugoli! - Jej głos był przesiąknięty nienawiścią i jadem. Granger spojrzała na nią dumnie. Chłopcy od razu zamilkli i spojrzeli po sobie.
- Jak zwykle cięty język, Weasley.
- Za to z tobą coraz gorzej, Malfoy.
- Rude zawsze było wredne - rzucił rozbawiony Blaise i ponownie się zaśmieli. Dziewczyna ściągnęła usta w cienką linię.
- Słyszałam, Malfoy, że twoja ścieżka autodestrukcji sprowadziła cię aż na samo dno... - Malfoy spojrzał na nią chłodnym wzrokiem, który po chwili przeniósł na Granger. Gryfonka nie wydawała się zaskoczona wypowiedzią przyjaciółki, która zazwyczaj nie panowała nad swoim długim językiem. Nie wiedzieć czemu, gdy spojrzała w stalowe tęczówki, poczuła dziwne uczucie zawstydzenia. W oczach blondyna dało się ujrzeć ból, lęk.
- Nie przekraczaj granicy, Wiewióra - powiedział Blaise przerywając ciszę. Weasley już otwierała buzię, żeby mu odpyskować, kiedy w końcu odezwała się Granger.
- Koniec. Ginny, idziemy do domu, to nie był najlepszy pomysł - powiedziała i podeszła do niej, otrzepując tyłek z kurzu. Młodsza Gryfonka spojrzała na nią spode łba.
- No tak, to było oczywiste, że Ślizgoni będą chcieli jedynie pośmiać się z innych, a nie zrobić dobry uczynek - prychnęła oburzona i odwróciła się. Hermiona wywróciła oczami i już wyciągała dłoń do teleportacji, kiedy niski i stanowczy głos Malfoya przerwał jej tę czynność.
- Tak się składa, że gdybyśmy nie chcieli, to byśmy pojechali dalej. A w dalszym ciągu tutaj jesteśmy, a skoro już postanowiłyście poczuć się jak małolaty, możecie się z nami zabrać. - Hermiona kątem oka zauważyła błysk zwycięstwa w oczach Ginny. Spojrzała na Malfoya z uniesioną brwią i przekrzywiła głowę. Nie mogła powstrzymać zduszonego śmiechu.
- To chyba wy chcieliście zwrócić na siebie uwagę. Nie, żebym coś mówiła, ale ewidentnie widać, że powodzenia nie macie. - Ostry język Granger zszokował całą trójkę. Blondyn jednak nie dał się zbić na długo z tropu i uśmiechnął się podejrzliwie.
- Nie chciałabyś wiedzieć, co się działo w mojej sypialni w Hogwarcie.
- Och, tak. Dwie dziewczyny w ciągu roku, a setka to mit - prychnęła, czym jeszcze bardziej denerwowała blondyna. Chichoczący obok Blaise został zmiażdżony spojrzeniem przez kumpla.
- Albo wsiadacie i jedziecie, bo dzisiaj mam dobry dzień, albo dalej wypatrujcie naiwniaków.
- Dobrze się określiłeś, Malfoy - zaszczebiotała Granger i z gracją ruszyła do drzwi od strony pasażera. Nie patrząc na zdziwione spojrzenie Zabiniego, otworzyła je, odsunęła przedni fotel i wsiadła, usadawiając się wygodnie w fotelu za kierowcą. Ginny, mając na ustach swój dumny uśmiech, przeszła niczym kotka wokół i tak już zakręconego Blaise'a i zajęła miejsce obok przyjaciółki. Chłopcy, patrząc po sobie dziwnie, również wsiedli do wozu. Draco, co chwila spoglądając w lusterko, w którym widział brązowe tęczówki Gryfonki, odpalił silnik i ruszył z piskiem. Po niespełna kilku minutach ciszy Ginny przypomniała sobie bardzo ważną rzecz.
- Tak w ogóle, to chciałybyśmy dostać się do Devon. - Granger spojrzała na nią, dając znak, że na śmierć o tym zapomniała. Blondyn spojrzał w lusterko i uśmiechnął się pod nosem.
- A ktoś się zapytał, dokąd my jedziemy?
- Nie świruj, Malfoy.
- Nie świruję, Granger. Jedziemy w zupełnie innym kierunku. - Dziewczęta spojrzały po sobie z lekkim niepokojem. Blaise znowu chichotał, trzymając się za brzuch.
- To może nam łaskawie, książę, powiesz, dokąd zmierzasz? - burknęła rudowłosa.
- Wiltshire.
- No chyba sobie żartujesz - pisnęła brązowowłosa i natychmiast usiadła wyprostowana jak struna, patrząc na znaki. Jej panika i rozpacz ogromnie rozbawiły chłopców.
- Chciałyście przygody? Proszę bardzo!
- Ginny, zabiję cię.

~*~*~

- Zbliża się już osiemnasta, gdzie one się podziewają? - spytała zmartwiona Molly, patrząc przez okno. Jej mąż, Artur, krzątał się po kuchni.
- Kochanie, one są już dorosłe, poradzą sobie.
- Ach, ja tam ciągle się o wszystko boję - wyrzuciła z siebie. Do salonu weszli właśnie Ron i Harry.
- Mamo, nie widziałaś gdzieś Ginny i Hermiony?
- Jeszcze nie wróciły z Londynu - odparła, robiąc kwaśną minę. Chłopcy spojrzeli po sobie zdziwieni.
- Nie mówiły, o której wrócą? - zdziwił się Harry.
- To są kobiety, pewnie łażą gdzieś po sklepach, nie ma się co martwić. Zaraz wpadną i powiedzą, że jak zwykle coś je zatrzymało - westchnął rudzielec, wywracając oczami i, jak gdyby nigdy nic, usiadł na kanapie i zaczął rozkładać magiczne szachy czarodziejów.

~*~*~

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Draco po godzinnej jeździe samochodem.
- To się nazywa porwanie, Malfoy - burknęła niezadowolona Weasley.
- Nie, Wiewióro, wy same weszłyście do samochodu. Nikt was tam nie pchał - odparł zadowolony Blaise, gdy odwrócił się do nich przez siedzenie pasażera. Obie siedziały z założonymi rękoma.
- Wysiadka! - zarządził Draco, gdy odsunął fotel kierowcy. Hermiona niechętnie wysiadła z samochodu, a to, co zobaczyła, zaparło jej dech w piersiach...


8 komentarzy:

  1. Cześć!
    Zostałaś nominowana do Liebster Blog Award!! :)
    Informacje znajdziesz na moim blogu:

    http://dramionedwaswiatystalysiejednoscia.blogspot.com/

    Pozdrawiam,
    Sunny ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam te ich przekomarzanki!
    Widać, że nie tylko Draco ma ostry języczek.:)
    Rozdział jak zawsze genialny.:)
    Aaa, i brawo za opisanie stanu emocjonalnego Dracona. To jest ZAJEBISTE.:P

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha- czyzby Malfoy Mannor?
    Podrozniczy klimat, nie ma co- slicznie!
    I tak jakos sie stalo- pozdrowienia z lotniska :D
    (Niema to jak odpowiedni rozdzial w odpowiednim miejscu :D )

    mildredred
    www.well-you-are-quite-nice-you-know.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawie, fajnie że zachowałaś charakterki postaci ;) Końcówka świetna nie mogę się doczekać dalszej akcji.
    Pozdrawiam Syntia

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć!
    Nominowałam cię do Liebster Blog Award!! :)

    Informacje znajdziesz na moim blogu: http://dramionenewstoryy.blogspot.com

    pozdrawiam Caroline Rebel...


    ps. zapraszam do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przepraszam za opóźnienie:)
    Rozdział jak zwykle przyjemny. Praktycznie cały czytałam z uśmiechem na ustach i wypiekami na policzkach!
    Lubię pogawędki Gryfoni vs Ślizgoni - z tego zawsze wychodzą niezłe "jaja" :D. Rozterki Malfoya są momentami tak słodkie, że aż cieplej mi się w serduszku robi na myśl o jego dylematach! :)

    Czekam na kolejny rozdział moja ZouZO. Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Wspaniały rozdział! :)
    Z niecierpliwością czekam na kolejny! :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nadal się zastanawiam dlaczego czarodzieje jeżdżą samochodem. Niemniej miałaś genialny pomysł. Dodaj szybciutko nowy rozdział, bo pękam z ciekawości. :)

    OdpowiedzUsuń